Jakiś czas temu zdecydowałam się na przystąpienie do egzaminu określającego mój poziom języka angielskiego. Długo się wahałam, ale jak to się mówi, kto nie ryzykuje ten nie zyskuje. W sobotę się z nim zmierzyłam i opowiem wam jak to u mnie wyglądało.
Test składał się z dwóch części – listening i reading. Łącznie 200 zadań. Dużo, prawda?
∗45 minut na słuchanie, które wcale nie było takie proste. Pytania jak i odpowiedzi nie były zapisane na arkuszu. Wszystko było na nagraniu. W niektórych zadaniach trzeba było naprawdę się skupić, żeby nic nie pominąć. Mimo, iż było wiele prostych dialogów, to ta forma zdecydowanie utrudniała sprawę.
∗70 minut na czytanie. Od prostych zdań z luką do trudniejszych, opisowych. Warto zacząć od tych drugich, bo np. do 2 tekstów było 3 pytania = więcej punktów. Poza tym, na te dłuższe trzeba poświęcić więcej czasu.
Szczerze mówiąc, bałam się, że się nie wyrobię. A na początku myślałam, że może szybciej wyjdę! :D
Jak się domyślacie sam egzamin trwał 2h. Nikt nie wyszedł wcześniej, chociaż była taka możliwość. Na sali jednak posiedzieliśmy trochę dłużej. Dlaczego?
Ze względu na najbardziej irytująca część - podpis arkusza. Bardzo czaso- i pracochłonne. Najpierw trzeba było wpisać informacje takie jak: imię i nazwisko, pesel, data urodzenia oraz kody dla danej narodowości. Polacy inne, Ukraińcy inne. Później zamalowywanie kółeczek bo arkusz odpowiedzi szedł przez komputer. Łatwiej i szybciej się sprawdza. Gorzej dla nas, uzupełniających. Do tego przepisywanie zgody na przetwarzanie danych, jakieś ankiety. I w końcu można było przejść do tekstu.
Podczas słuchania wybrane odpowiedzi od razu trzeba było zaznaczać na karcie. Tak samo jeśli chodzi o czytanie, po prostu nie zdążylibyście z przepisywaniem, bo tak jak mówiłam, zadań było 200.
A jak moje pierwsze wrażenie? Myślałam, że będzie prostszy. Przyszłam też bez przygotowania, więc może to dlatego byłam zaskoczona. Egzamin ma nam sprawdzić na jakim poziomie jesteśmy: od A1 nawet do C1. Według mojego toku nauczania powinnam balansować na poziomie B2. Wszystko się okaże za jakiś czas. Jak na razie czekam na wyniki, więc pewnie zrobię o tym mały update.
Samo przystąpienie do certyfikatu niestety kosztuje. U mnie ta cena to było 50zł. Jest to kwota bezzwrotna. Jeśli nie przyjdziemy na egzamin to nasza strata. Z kolei jeśli chcemy dostać certyfikat bo wynik nas zadowala, kosztuje to już około 300zł. U mnie dokładnie 245, ale to zależy tak naprawdę od miejsca, w którym to robicie.
Czy warto? Taki certyfikat na pewno przydaje się na studiach. Większość uczelni przyjmuje to jako zwolnienie z egzaminu z lektoratu (poziom B2 wymagany). Oczywiście możemy wpisać sobie to do CV, jako potwierdzona umiejętność posługiwania się językiem. No i zawsze taki papierek może podbudować naszą pewność siebie i dodać odwagi.
Jeśli macie jakieś pytania - śmiało, sekcja komentarzy jest wasza! :)
(post przeniesiony ze starego bloga, dlatego nie zgadza się w czasie - TOEIC robiłam w maju, wyniki w lipcu)
Źródło zdjęcia: Obraz <a href="https://pixabay.com/pl/users/F1Digitals-1568321/?utm_source=link-attribution&utm_medium=referral&utm_campaign=image&utm_content=3723125"> F1 Digitals</a> z <a href="https://pixabay.com/pl/?utm_source=link-attribution&utm_medium=referral&utm_campaign=image&utm_content=3723125"> Pixabay</a>
Szukaj na tym blogu
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
-
Muzyka jest potęgą. Sprawia,że się śmiejemy, płaczemy, smucimy, weselimy, czujemy. Jest, kiedy tego potrzebujemy... A ten post to ...
-
14 luty to dla wielu okropny dzień. w którym prym wiedzie kolor czerwony i masa serduszek. Sklepy prześcigują się, w tym kto wymyśli lep...
-
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, ze taki kierunek jak dziennikarstwo i komunikacja społeczna nie jest trudny. Nie jest w żaden spo...
-
JUŻ JUTRO .. TEST SPRAWDZAJĄCY DOTYCHCZASOWĄ WIEDZĘ MATURZYSTÓW oooo nie, to ja XD Ostatnie przygotowania, powtórka znajomości lektur ...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz